Decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej o ustanowieniu 2027 roku rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii, jej dowódcy Romana Szuchewycza oraz działacza OUN i poety Ołeha Olżycza wywołała kolejną falę kontrowersji w relacjach polsko-ukraińskich. Uchwała została przyjęta podczas sesji plenarnej, a jej autorzy argumentują, że chodzi o upamiętnienie postaci i organizacji uznawanych na Ukrainie za część walki o niepodległość państwa.
Z perspektywy polskiej nie jest to jednak zwykła decyzja historyczna. Trudno bowiem oddzielić postać Romana Szuchewycza i działalność UPA od tragicznych wydarzeń na Wołyniu oraz w Galicji Wschodniej. W Polsce zbrodnie dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej w latach 1943-1945 są uznawane za ludobójstwo, które pochłonęło dziesiątki tysięcy ofiar.
Dla setek tysięcy potomków kresowych rodzin nazwa UPA nie jest symbolem walki o wolność, lecz wspomnieniem spalonej wioski, zamordowanych krewnych i bezimiennych mogił rozsianych po dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Każda próba wynoszenia dowódców UPA do rangi bohaterów narodowych budzi więc w Polsce sprzeciw nie dlatego, że Polacy odmawiają Ukrainie prawa do własnej pamięci historycznej, ale dlatego, że pamięć ta często pomija cierpienia ofiar.
Szczególnie niezrozumiały wydaje się moment podjęcia tej decyzji. Od lutego 2022 roku Polska stała się dla Ukrainy jednym z najważniejszych sojuszników. Miliony Ukraińców znalazły w Polsce schronienie przed rosyjską agresją. Polskie rodziny otwierały swoje domy, samorządy organizowały pomoc, a państwo przeznaczyło ogromne środki na wsparcie uchodźców. Wiele osób pomagało bezinteresownie, kierując się zwykłą ludzką solidarnością.
Właśnie dlatego gesty gloryfikujące formacje odpowiedzialne za zbrodnie na Polakach odbierane są nad Wisłą szczególnie boleśnie. Trudno oczekiwać od polskiego społeczeństwa pełnego zrozumienia dla polityki pamięci, która jednocześnie prosi o solidarność wobec współczesnych tragedii Ukrainy, a marginalizuje tragedię polskich ofiar Wołynia.
Nie oznacza to jednak, że odpowiedzią powinno być odrzucenie współpracy między obydwoma narodami. Polska i Ukraina pozostają sąsiadami, których bezpieczeństwo i przyszłość są ze sobą ściśle związane. Właśnie dlatego potrzebna jest uczciwość historyczna. Prawdziwe pojednanie nie może opierać się na przemilczeniach ani jednostronnej narracji.
Ukraińskie władze wielokrotnie podkreślają znaczenie europejskich wartości. Jedną z nich jest zdolność do krytycznego spojrzenia na własną historię. Europa nie budowała swojej jedności poprzez idealizowanie wszystkich postaci historycznych, lecz poprzez odwagę mierzenia się z trudnymi faktami. Tego samego oczekują dziś Polacy w kwestii Wołynia.
Uchwała Lwowskiej Rady Obwodowej może przynieść krótkotrwałe korzyści polityczne środowiskom nacjonalistycznym, ale równocześnie utrudnia dialog z krajem, który w najtrudniejszym dla Ukrainy momencie okazał jej wyjątkową solidarność.
Jeżeli Warszawa i Kijów mają budować trwałe partnerstwo, musi ono opierać się nie tylko na wspólnych interesach strategicznych, ale również na wzajemnym szacunku dla pamięci ofiar. Dla Polaków Wołyń nie jest bowiem odległym sporem historyków. To wciąż żywa rana, której nie da się zagoić poprzez stawianie pomników ludziom kojarzonym z jedną z największych tragedii w historii polsko-ukraińskich relacji.
Waldemar Roszczuk / Gazeta Świebodzińska, fot. arch. BG-Part GPL



